Poprzedni miesiąc

WRZESIEŃ, 2000

2000, 35 tydzień

28 sierpień

pn

29 sierpień

wt

30 sierpień

śr

31 sierpień

cz

1 wrzesień

pt

"Murowaniec"

Trudno uwierzyć, ale to prawda - pierwszy raz w Tatrach. Krótki spacer dookoła schroniska, czyli kierunek: przełęcz Karb. Widoczność na wyciągnięcie ręki - stawy wyłaniają się z mgły dosłownie w ostatniej chwili. Wieczorem lektura artykułów z National Geographic. Te sprzed kilkudziesięciu lat opisują już chyba dzisiaj zupełnie niespotykane krainy.

2 wrzesień

sb

"Murowaniec"

Ze schroniska żółtym szlakiem na przełęcz pod Kozim Wierchem, a stamtąd na Zawrat. Do południa słoneczko, potem znowu chmury. Pierwsze łańcuchy, pierwsza drabinka, pierwsza wędrówka granią. Powrót niebieskim szlakiem do schroniska. Wieczorem zaczytujemy się w artykułach z NG.

3 wrzesień

nd

"Murowaniec"

Po wczorajszych "wspinaczkach" spacerowa trasa z plecakami na karku: przez Kasprowy Wierch na Kopę Kondracką, zejście pod Giewont i przez schronisko na Kalatówkach powrót do Kuźnic. Wspaniały relaks.

2000, 36 tydzień

4 wrzesień

pn

5 wrzesień

wt

6 wrzesień

śr

7 wrzesień

cz

8 wrzesień

pt

9 wrzesień

sb

10 wrzesień

nd

2000, 37 tydzień

11 wrzesień

pn

12 wrzesień

wt

13 wrzesień

śr

14 wrzesień

cz

15 wrzesień

pt

Gdynia

Ostatni dzień w pracy. A wieczorem ... Last Minute Party

16 wrzesień

sb

17 wrzesień

nd

Gdynia

Ostatnie śniadanie i ostatni obiad z rodzicami.

2000, 38 tydzień

18 wrzesień

pn

(gdzie)

(co)

19 wrzesień

wt

(gdzie)

(co)

20 wrzesień

śr

(gdzie)

(co)

21 wrzesień

cz

(gdzie)

(co)

22 wrzesień

pt

(gdzie)

(co)

23 wrzesień

sb

(gdzie)

(co)

24 wrzesień

nd

Delhi, Kathmadu

Zblizamy sie do Delhi, przez glosniki slychac komunikat dla osob lecacych tranzytem. Powinni odebrac bagaz na lotnsku w Delhi. Wlodek prosi mnie, zebym sprawdzila te informacje. Moje dowiadywanie w zasadzie nic nie wyjasnia, ale przynajmniej okazuje sie, ze jest kilka osob, ktore leca do Nepalu. Hura! Nie jestesmy sami. Zbiera sie nas mala gromadka. Czekamy. Wreszcie pojawia sie jakis urzednik , ktory zabiera nas gdzies i mowi: "Wait here and relax..". Jeszcze nie wiemy, ze te slowa zostana wypowiedziane wiele razy. Tak naprawde to tylko my przyjmujemy je ze spokojem. My mamy czas - przed nami ponad rok wakacji. Hiszpanie niepokoja sie o swoj bagaz, amerykanin wscieka sie, ze bedzie musial spedzic 10 godzin na lotnisku, Wlodek probuje poruszyc niebo i ziemie zeby dostac sie do naszego bagazu gdzie jest moje lekarstwo. Patrzymy wszyscy z zazdroscia na Gian Lukke, ktorego samolot jest o godzine wczesniej. Ale niezbadane sa wyroki boskie. Giann Lukka siedzi jeszcze na lotnisku, kiedy my wsiadamy do samolotu. Wreszcie ladujemy w Kathmandu. Spotkany po drodze francuz proponuje, zeby jechac z nim do hotelu. Przyjmujemy jego propozycje. Po nie wiem ilu kontrolach i wypelnionych formularzach opuszczamy budynek lotniska. Gdyby nie to, ze Wlodek trzymal mnie za reke pewnie popedzilabym na lotnisko z powrotem. Nie wiem jak udaje sie nam przedrzec przez tlum taksowkarzy szarpiacy nas na rozne strony. Pamietam tylko plecy Serge'a i potem taksowke. W hotelu mam ochote rzucic sie Serge'owi na szyje. Wlodek chyba tez. Docieramy do pokoju i tu pierwsze targowanie. W rezultacie osiagamy cene 8$ za dzien i chyba wszyscy jestesmy zadowoleni. Serge proponuje, ze moze nas oprowadzic po miescie. On jest tu juz 10-ty raz. Po jakiejs pol godzinie rozstajemy sie. Czujemy sie troche zagubieni. Nasza hotelowa mapa nie jest za bardzo przydatna. Po co nam nazwy ulic, ktorych albo nie ma, albo ktorych nie potrafimy odczytac? Chcemy dobrnac do Durbar Square. Troche placzemy sie w kolko. Pytamy sie przechodnia, Tak, oczywiscie pokazuje reka, prosto a potem w lewo. Ruszamy, w ostatniej chwili Wlodek wiedzionym szostym zmyslem skreca w prawo. Jestesmy na Durbar Square. Przypominamy sobie zasade podwojnego sprawdzania. Nepalczyk nigdy nie przyzna sie ze nie wie. Raczej pokaze zly kierunek.. Decydujemy sie na kupno mapy, na ktorej zaznaczone sa wazniejsze budynki w miescie i hotele. (O.)

2000, 39 tydzień

25 wrzesień

pn

Kathmandu

Ruszamy na miasto. Kathmandu po raz drugi. Tlok, scisk, wrzaski i ciagle zaczepianie przez rikszarzy. Mieszanina kolorow i brudu. Odnosi sie wrazenie, ze kazdy sprzedawca chce nas wciagnac do swojego sklepiku. Jednemu sie to udaje. Zaczyna od tak sobie. "Do you like thankas? What colour do you like? What style? Big? Small?" Rozklada przed nami male, duze a potem jeszcze wieksze. Wlodek zaczyna sie targowac. Po dwoch godzinach z 200$ za jedna duza thanke zrobilo sie 90$ za jedna duza i cztery male. Ja mam juz dosyc. Wlodek stwierdza, ze 70$ to jest tyle ile on zamierza wydac i ani grosza wiecej. Wychodzimy ze sklepu, ja troche roczarowana, bo chyba nie do konca czuje to cale targowanie. Przedzieramy sie przez tlum taksowek, riksz i motorow na Durbar Square. Bola mnie usta od ciaglego mowienia: "No thank you". Kiedy siedze sobie na szczycie Maju Deval i probuje podziwiac w spokoju mrowiacy sie w dole plac zaczepia mnie jakis malec i chce mi sprzedac jakies fotografie. Wpadam na pomysl i mowie do niego wolno i wyraznie po polsku: "Nie, dziekuje". Malec jest wyraznie speszony, ale nie daje za wygrana. Ze smutna minka pokazuje mi ranke na twarzy. Z anielskim spokojem mowie mu: "Mnie tez boli". Chyba zrozumial, ze nic nie wskora, bo poszedl nekac jakies niemki. Rozkoszuje sie chwila spokoju i czytam przewodnik. Gubie sie w tych swiatyniach, nazwach i bostwach. Troche znudzona podnosze glowe i przygladam sie "krokwiom" Maju Deval. Boze, oni chyba cala kamasutre tu wcisneli. Zaczyna sie sciemniac. Czas wracac do hotelu. Z niechecia mysle o ponownej walce ze sprzedawcami szachow i nozy. Czy oni chociaz cos kiedys sprzedali? Czy to tylko sztuka dla sztuki? Juz w ciemnosciach przedzieramy sie przez uliczki. Na chwile trace ze zroku Wlodka. W ciemnosciach slysze szept: "Lady, do you want to sleep with me?" Wybucham smiechem i przyspieszam kroku. Wreszcie docieramy do naszego hotelu. Wykonczona padam na lozko i zasypiam. (O.)

26 wrzesień

wt

Swayambunath

Swayambunath rzeczywiscie robi wrazenie. Docieramy tam pieszo. Ludzie przygladaja sie nam z zyczliwym zainteresowaniem, dzieci machaja i wolaja do nas "haloo". Nad rzeka unosza sie dymy ze stosow kremacyjnych. Slonce prazy. W cieniu 28 stopni. Z przyjemnoscia walesamy sie wokol swiatyni, ktora z jednej strony otacza las. Swayambunath popularnie zwana swiatynia malp uderza nas swoim urokiem. W milczeniu podziwiamy biale budowle i ludzi odprawiajacych nieznane nam rytualy. Na niebie unosza sie jakies drapiezne ptaki. Wlodek marudzi, ze nie wzial 500-tki. Nagle jakies zamieszanie. Przyjechala delegacja UNESCO. Swayambunath jest na swiatowej liscie dziedzictw kultury. W zasadzie tylko dzieki tej delegacji wpadamy na pomysl odwiedzenia swiatyni buddyjskiej. Zdejmujemy buty, cichutko stajemy przy scianie i przysluchujemy sie monotonnym recytacjom modlitw, ktore od czasu do czasu przerywa gong i loskot nieznanych mi instrumentow. Przygladam sie mnichom, jeden ziewa, drugi wpatruje sie w okno trzeci ma tak znudzona mine, ze kiedy zauwaza moj wzrok wyraznie jest zmieszany. W pewnej chwili jeden z mnichow wstaje i zaczyna rozdawac pieniadze. Regularne murmurando nagle "rozlazi sie". Mnisi wyaznie poruszeni patrza kto ile dostal. Jednym na twarzy pojawia sie usmiech, inni maja wyraznie zawiedzone miny. Coz wszyscy jestesmy ludzmi. Po chwili jednak znowu slychac regularne murmurando recytowanych modlitw. Wychodzimy. (O.)

27 wrzesień

śr

Patan, Kathmandu

Chcemy dostac sie do Patanu. Jak dotad chetni rikszarze jak slysza Patan, Durabar Square natychmiast wycofuja sie. Jeden cwaniaczek wiezie nas na Durbar Square ale w Kathmandu. Placimy mu 10 rupi i wedrujemy dalej pieszo. Juz za mostem na Bagmati River bierzemy taksowke, dowozi nas do Durabar Square. Tu trzeba uiscic oplate. 25 rupi dla miejscowych, 200 dla turystow. Przypomina mi sie cmentarz zydowski w Pradze. Tam turystow tez traktuje sie podobnie. Znowu opedzamy sie od natretow. W Kumbeshwar jakis chlopaczek stosuje wszystkie znane mu chwyty. Namaste i szeroki usmiech na twarzy. Where are you from? What time is it? Kiedy Wlodek robi mi zdjecie wola: "Beautiful!". Idziemy do Golden Temple. Po drodze myjnia i pralnia miejska. Z niedowierzaniem przygladam sie myjacym sie tam ludziom. Mam wrazenie, ze ta woda bardziej brudzi niz myje. My tutaj jak ognia wystrzegamy sie miejscowej wody, chociaz ja juz dwa razy z rzedu umylam zeby z rozpedu woda z kranu. Profilaktycznie natychmiast lyknelam whisky. Golden Temple wcisnieta pomiedzy rozpadajace sie domy na waskiej uliczce neci oczy pozlota. Wchodzimy. W swiatyni nie wolno miec na sobie nic skorzanego. Ja, osoba niezwykle sumienna dopytuje sie o pasek od zegarka. Patrza na mnie jakbym byla pomylona. Robimy pare zdjec i maszerujemy do obozu tybetanskich uchodzcow przez Jawalakhel, ktora Wlodkowi przypomina Wenecje. Mnie glownie interesuje tkanie dywanow. Z zafascynowaniem przygladam sie blyskawicznym ruchom rak tkaczek. Nagle pisk i wybuch smiechu. Jakas tkaczka przestraszyla sie duzego chrabaszcza, co znowoz rozsmieszylo jej towarzyszki. My spogladamy na zegarki. Musimy wracac jestesmy zaproszeni do centrum kultury rosyjskiej na wieczor kultury nepalskiej. Z "koncertu" wracamy z nieznajomym nam nepalczykiem i w zupelnie nieoczekiwany sposob dla nas zapraszamy go na obiad. Ale nie zalujemy. Kiedy jestesmy u siebie w pokoju. slyszymy jak zebrani w ponizszym ogrodzie nepalczycy pija i pija. Jakie to swojskie. (O.)

28 wrzesień

cz

Kathmandu

Dzisiaj dzien odpoczynku. Postanawiamy pozalatwiac pare spraw. Mimo namow wlasciciela hotelu na treking w Makalu decydujemy sie na Everest Base Camp. Odwiedzamy pare ksiegarni, kupujemy mape, zastanawiamy sie ile dni zabierze nam wyprawa. Po zapoznaniu sie z obchodami swieta Dasain decydujemy sie na bilet 6.10 i tylko w jedna strone. Z powrotem bedziemy wracac autobusem z Jiri. Przechodzimy ponownie przez Durbar Square. Widzimy jakies zbiegowisko. Analizujemy sytuacje. To pewnie obchody Dasain. Kilku nepalczykow ucieka a za nimi pedzi samochod policyjny. Ta sytuacja powtarza sie kilka razy. Publicznosc za kazdym razem strasznie sie cieszy. Ciekawe rytualy. Nagle spostrzegamy kamere filmowa i wybuchamy smiechem. To po prostu kreca film. Wracamy do hotelu mijajac suto zastawine stoly dla bogini Kali. Na 7.30 idziemy na obiad Z Seargem do Taiskiej restauracji. Wspanialy wieczor. (O.)

29 wrzesień

pt

Pashupatinath, Boudnath

Dzisiaj Pashupatinath. Decydujemy sie na jazde miejscowym autobusem. Niedowierzanie w oczach naszego recepcjonisty, kiedy pytamy sie go o droge na przystanek. Wy naprawde chcecie jechac autobusem? Jedziemy, chociaz tak na wszelki wypadek sprawdzamy z 4 razy czy to na pewno dobry autobus, bo nie jestesmy w stanie odcyfrowac tajemniczych znakow na tablicy z przodu autobusu. Czujemy sie doskonale. Wysiadamy i wedrujemy do kompleksu swiatynnego. Robi on na mnie raczej przygnebiajace wrazenie. Sporo zebrakow, namolnych przewodnikow i rozpadajacych sie budowli. Nad rzeka kremacyjne stosy. Na jednym plonie cialo, drug stos jest wlasnie przygotowywny. W powietrzu unosi sie mdly zapach. Przygladamy sie w ciszy. Potem ruszamy dalej. Przez gaszcz swiatyn docieramy do Boudnath. Chyba jestesmy juz troche zmczeni. Przygladamy sie olbrzymiej stupie, ale jakos ona do nas nie przemawia. Wracamy do hotelu, oczywiscie autobusem. (O.)

30 wrzesień

sb

Bhaktapur

Jezdzenie lokalnymi autobusami wchodzi nam w krew. Ale tym razem jedziemy ekspresem. Autobus rusza dopiero, gdy jest pelny. Konduktor, chlopaczek w obrzepolonych spodniach i brudnej koszuli, zbiera oplaty za przejazd. Jeden z pasazerow odmawia zaplaty. Kara jest brak miejsca siedzacego. Jestesmy w Bhaktapur. To miasteczko zostalo odnowione przez niemcow i jako jedyne ma wylozone czerwona cegla prawie wszystkie uliczki. Odpedzam sie od "przewodnikow" i kiedy Wlodek robi zdjecia czytam przewodnik w cieniu swiatyni Shiva-Parvati. Rzezbiarzowi, ktory ozdobil polnocna sciane kompleksu obcieto rece, aby nie mogl juz stworzyc niczego tak pieknego. Sun Dhoka, inaczej Golden Gate, prowadzi nas do Taleju Chowk, do ktorego oczywiscie nie wolno nam wejsc. Nie jestesmy hinduistycznego wyznania. W Sundari Chowk gdzie znajduje sie "basen" Kumari wzbudzamy sensacje robiac sobie zdjecie ze statywu. Waska uliczka przemieszczamy sie w strone Taumdhi Tole. Z kruzganka Cafe Nyatapola podziwiamy najwyzsza swiatynie w dolinie. Jest tak przyjemnie i leniwie, ze nie chce nam sie ruszac. W drodze na Pottery Square na ulicy Wlodek targuje sie o drewniane drzwiczki. Tak oto kupujemy pierwsza pamiatke z Nepalu. (O.)

PAŻDZIERNIK, 2000

1 październik

nd

Następny miesiąc