Poprzedni miesiąc

LISTOPAD, 2000

2000, 44 tydzień

30 pażdziernik

pn

31 pażdziernik

wt

1 listopad

śr

Varanasi

Dzien wszystkich swietych, a jutro zaduszki.Varanasi wydaje sie niezwykle odpowiednim miejscem na ten dzien. Wybieramy sie na spacer od glownej ghat w dol rzeki. Jest niezwykle pusto. Brzeg Gangesu ma to do siebie ze pulsuje wlasnym zyciem, ktore nie do konca jeszce rozumiemy, mimo ze tyle na ten temat przeczytalismy. Przygladamy sie rzece. Plynie beznamietnie, smierc na jej brzegu, kropelka wody na jezyku gwarantuje pojscie prosto do nieba. W srodkowym nurcie zauwazamy rzecznego bawola. Utonal w rzece. Spotkany przez nas francuz widzial zwloki czlowieka. Moze utopil sie, a moze to jeden z tych, ktorych nie poddaje sie kremacji. Docieramy do Asi Ghat. Krotki posilek w zydowskiej restauracji (pyszny, chociaz do konca nie wiemy, co jedlismy) i ruszamy na poszukiwanie Monkey Temple. Wlodek nie wierzy, ze to ona mialy byc malpy, atym czsem ani widu ani slychu. A mielismy na nie uwazac, bo podobno bestie sprytne i kradna jak najete. Jednak wszyscy lacznie ze straznikiem swiatyni zapieraja sie ze to jest ta swiatynia. Nie pozostaje nam nic innego tylko im wierzyc

2 listopad

cz

Varanasi

Rano, zgodnie ze wskazowkami napotkanego francuza wybieramy sie do Srnath, miejsca, w ktorym Buddha wyglosil swoje pierwsze kazanie. Nasza autoriksze dzielimy z kanadyjczykiem i argentynka. Miejsce urocze. Stworzone do medytacji, az wstyd sie przyznac, ze ja nie zachwycam sie wspanialym Ashoka pillar i swiatyniami, tylko wpatruje sie w aligatory w stawie i pedze za pierwszym widzianym tu przez mnie sloniem. Czas najwiekszego upalu spedzamy w hotelowym zaciszu, a po poludniu jeszcze jedna wyprawa nad brzeg Gangesu. Tym razem od Raj Ghat do Main Ghat. Co pare metrow dopada nas zgraja dzieciakow. Krzycza: Hello! 10 rupees, Hello! a pen. Trudno sie od nich opedzic. Jest jakies swieto. Kolorowe sari kobietmienia sie w sloncu. Dostojnie kroczac niosa na glowach tace z kwiatami i owocami. To wszystko w dzrz swietej rzece. A my juz wracamy do hotelu. Wg przewodnika stare miast nie jest najbezpieczniejsze po zmierzchu. a zreszta musimy sie przygotowac do podrozy. O 23.30 mamy nasz pociag.

3 listopad

pt

Varanasi - Satna - Khajuraho

Stacja w Varanasi zawalona jest ludzmi. Koczuja na podlodze, zalatwiaja sie na torach. My zjawiamy sie na peronie o 40 minut wczesniej. Tak sugerowal pan sprzedajacy nam bilety. Okazuje sie to zupelnie niepotrzebne. Jedziemy druga klasa tzw sleepere. Wrazenie niesamowite. Nie ma przedzialow, tylko same prycze. Wszystko jest jakies szaro brudne. Mimo tego spie jak nigdy w zadnym innym pociagu. Rano wszyscy hindusi pedza myc zeby. My niestety nie. Na moja zwolniona prycze zwalil sie jakis zolnierz. Mnie to nie denerwuje za to doprowadza do szewskiej pasji jakiegos hindusa. Nasz ekspres pedzi jak burza. I tylko z godzinnym opoznieniem dociera do Satny. W Satnie szybka przeprawa na dworzec autobusowy i juz jestesmy w autobusie. Jedziemy. My jednak mamy calkiem niezle drogi w Polsce. Te tutaj to sa dopiero drogi!!! Ale widoki za oknem takie, ze dech zapiera. Takie mialam wyobrazenie o dzikich polach jako male dziecko. Potem jedziemy przez niewielkie pagorki pokryte drzewami, ktore dla mnie zawsze byly symbolem Indii. To wlasnie lisc z takiego drzewa z namalowanym miniaturowm obrazkiem zobaczylam jako szescioletnie dziecko. W dali widzimy wieze swiatyn Khajuraho.

4 listopad

sb

Khajuraho

Po zapewnieniu sobie transportu do Delhi, mozemy poswiecic caly dzien na zwiedzanie swiatyn. Jest ich kilka. Te najbardziej znane to Lakshmana i Kandaringa Mahadev. Pokryte niezliczonymi ilosciami plaskorzezb ukazuja nam rozkwit epoki dynastii Chandela. Zbudowane, jak to przewodniki okreslaja w drodze z nikad do nikad oparly sie na szescie najazdom mogulow. Sceny na swiatyniach przedstawiaja zycie codzienne, polowania, tance, harce no i oczywiscie obrazki erotyczne. Przezabawnie wyglada tlum turystow zgromadzony w jednym miejscu, trzymajacych wielkie aparaty fotograficzne wycelowane w miniaturowe scenki. Ale trzeba przyznac, ze rzezby sa swietne. Wygiete tancerki w przeroznych pozach wdziecza sie do nas z 1000 letnich scian. Wlodek tylko wzdycha i pyta sie gdzie te kobiety sa teraz. No coz, rzeczywiscie jakby ta rasa zmalala i troche zmienila proporcje. Uliczny sprzedawca mowi nam, ze jego dziadek to byl dopiero duzy mezczyzna. A moze po prostu te przepiekne tancerki istnialy tylko w wyobrazni artysty. Kto wie. Po poludniu spacerkiem przemieszczamy sie do swiatyn wschodnich. Nagle mam wrazenie, ze jestem w Indiach Kipplinga. Swiatynie jakby zywcem wyjete z Ksiegi dzungli znajduja sie w parku troche bardziej juz dzikim. Zachodzi slonce. Cisza. Nikt nam sie nie placze pod nogami. Jak milo. Wieczorem idziemy na spacer. Wchodzimy do jakiejs restauracyjki i slyszymy polski jezyk. To wycieczka z Polski. Przesymaptyczni ludzie z Wrszawy. Spedzamy z nimi wieczor przy swiecach (w miescie wylaczono prad). I zanim sie orientujemy jest juz prawie 22.00

5 listopad

nd

Khajuraho - Jhansi

Dzisiaj laba (do 15.00), bo potem podroz do Delhi. Robimy notatki, czytamy, uczymy sie hiszpanskiego (juz jestesmy na lekcji trzeciej). Droga z Khajuraho do Jahnsi jest zupelnie niesamowita. Teraz juz jestem pewna, ze drogi w Polsce sa doskonale. W wiekszej czesci jest to zwyczajna droga szutrowa. Przejezdzamy przez zabite dechami wioseczki, ktore nas urzekaja. Ludzie usmiechaja sie i machaja do nas z daleka. Spotykamy pasterzy z kozami, krowami a nad tym wszystkim unosi sie czerwona kula slonca. Jestesmy w Jahnsi. Bola nas siedzenia, wiec sie cieszymy, ze teraz bedzie mozna polezec. Stacja olbrzymia. Ludzie patrza na nas jakby po raz pierwszy widzieli bialych. Mam wrazenie, ze za chwile podejda, zeby mnie dotknac. Trudno sie troche zorientowac z ktorego peronu odjedzie nasz pociag, ale w koncu stawiamy na peron 9. Sluszna decyzja. Na wagonie istnieja nawet nasze nazwiska. Napiasane bezblednie. Niesamowite.

2000, 45 tydzień

6 listopad

pn

Delhi

To dzien organizacyjny. Musimy kupic bilet, zadzwonic do szpitala zeby dowiedziec sie o dentyste. Wlodkowi ulamal sie zab. Chcemy potwierdzic bilety do Tajlandii. Musimy dostac sie do ambasady tajskiej i zlozyc podania o wize. Mnostwo biegania.

7 listopad

wt

Delhi

W rezultacie naszych staran Wlodek ma wizyte u dentysty o 10.30. Jedziemy. Kiedy docieramy do kliniki okazuje sie, ze zostala przeniesiona w zupelnie inne miejsce. Jedziemy w to inne miejsce. Tam bardzo uprzejma recepcjonistka jest niezwykle zdziwiona, ze jestesmy umowieni do dentysty, bo oni dentysty nie maja. Na karteczce widze nasze nazwisko. Zaczyna sie wyjasnianie sprawy. Tak, oczywiscie, jestesmy umowieni, tylko w innym miejscu. Jedziemy dalej. Wlodek niestety potrzebuje drugiej wizyty. Znaczy sie czeka nas jeszcze podroz jutro. O rety.

8 listopad

śr

(gdzie)

(co)

9 listopad

cz

Puskhar

W Ajmer odbywamy mala walke, zeby dostac sie do autobusu do Pushkar. Walka na piesci i noze, ale zaprawieni podrozami w PRL zdobywamy miejsca siedzace. Na przystanku spotykamy francuzke, ktora prowadzi hotel w Pushkar. Decydujemy sie w nim zamieszkac. To urocze miejsce, bardzo spokojne i ciche, z wewnetrznym ogrodem i malutka swiatynka. Samo Pushkar wyglada troche jak z basni 1000 i 1 nocy. Polozone wokol swietego jeziora, mieni sie wieloma kolorami. Wlasnie jest Camel Festival, wiec oczywiscie musimy zobaczyc wielblady. Olbrzymi oboz tuz kolo miasteczka wyglada jakby czas zatrzymal sie tu z jakies 100 lat temu. Wedrowni kuglarze, tanczace malpki (mnie oczywiscie od razu kojarzy sie biedna Fiki-Miki), spiewajace tancerki krecace malo ponetnymi brzuchami, czarna magia, poskramiacze ognia i wezy. No i wreszcie wielblady. Tak strasznie duzo wielbladow.

10 listopad

pt

Puskhar

Mielismy zamiar wstac skoro swit i wspiac sie na pobliski szczyt, ale jak zwykle zwyciezylo lozko. W podrozy niezwykle docenia sie cos takiego jak wlasne lozko, w ktorym mozna sobie spac do woli. Sniadanie jemy w towarzystwie irlandczykow i holendra. Wlodek zostaje grac w szachy a ja z Martinem (holendrem) wybieramy sie nad jezioro. Nad jeziorem uczymy sie szkoly przetrwania z falszywymi braminami, ktorzy chca nas zmusic do odprawienia puji (ich rytualnej modlitwy). Wsciekaja sie strasznie, kiedy nie moga na nas nic zarobic. Po poludniu, juz z Wlodkiem, probujemy obejsc jezioro dookola, ale jakos placzemy sie i w rezultacie ladujemy w jakims luksusowym hotelu, gdzie po prostu przelazimy przez plot. Miejscowi przygladaja sie nam z zainteresowaniem. Docieramy do mostu, tu musimy zdjac buty, bo most jest nad swieta woda. Po drugiej stronie trafiamy na ciekawa uroczystosc ku czci wiecznego ognia. Odswietnie ubrany tlum mezczyzn i kobiet siedzi wokol kilku ognisk, spiewa modlitwy i na rzucone haslo wrzuca cos do ognia. Ogien rozblyska jasnym plomieniem. Wedrujemy dalej. Docieramy do wesolego miasteczka. Tu wchodzimy do miejscowej atrakcji, od ktorej wlosy jeza mi sie na glowie. W drewnianej wiezy pedza po jej wewnetrznych scianach dwa motory i samochod. Halas, powiew wiatru, ryk silnikow i wrazenie, ze wieza sie zachwile rozleci. Wlodek zauwaza hinduski peep show, no i oczywiscie musimy to zobaczyc. Jest to tak zenujace - kilka panienek, nieporadnie krecac sie,w troche krotszych sukienkach, wyje jakies miejscowe disco-india, ze po chwili wychodzimy. Jest juz ciemno. Miejscowy policjant probuje nas naciagnac na bakszysz proponujac nam osobista ochrone. Racze go opowiescia o bardzo niebezpiecznym miescie Gdansk, gdzie krew sie leje na okraglo i ze my sie tak naprawde to nie boimy. Policjant zostawia nas w spokoju. Wchodzimy w jakies zaulki, mija nas karawana wielbladow. Powoli kierujemy sie w strone naszego hotelu. Jutro musimy wczesnie wstac.

11 listopad

sb

Puskhar - Jodhpur

Pobudka 5 rano. Szybkie pakowanie i pedem na przystanek. Jest 5.30 rano, a juz trudno nam sie przedrzec przez ulice. Co gorsza caly czas naplywaja nowe tlumy. Przystanek, do ktorego chcemy dotrzec zostal przeniesiony poza miasto. Jakis litosciwy hindus - bez pobierania jakiejkolwiek oplaty (to chyba jakis cud) - podrzuca nas w jego okolice. Wbijamy sie do autobusu. Ten jest pelen po sam dach i jeszcze wyzej. Jednak konduktorowi udaje sie zebrac oplate od wszystkich pasazerow. Nie moge wyjsc z podziwu jak oni to robia. Wreszcie Ajmer. Dzien dobroci dla nas trwa. Kiedy wedrujemy w strone stacji autobusowej, zatrzymuje sie kolo nas auto-riksza i kierowca proponuje nam sam z siebie podwiezienie za 5 rupii. Oczywiscie korzystamy z okazji. Mamy autobus za 15 min, jak na tutejsze warunki autobus jest luksusowy - tylko cztery miejsca w rzedzie i to w dodatku sa fotele lotnicze. Do Jodhpur docieramy kolo poludnia. Jestesmy jedynymi bialymi opuszczajacymi autobus. Gromada rikszarzy rzuca sie na nas. My nie reagujemy. Jeden wola: na stacje kolejowa 20 Rp. Z naszej strony zero reakcji. Inny przekrzykuje go: 15 Rp. Jeszcze inny krzyczy 10. Jakis zdesperowany maly czlowieczek wola 5 Rp i wreszcie czyjs glos: 2Rp. Oczywiscie bierzemy tego za dwie rupie. Na stacji kolejowej zostawiamy plecaki i ruszamy w miasto. Chcemy odwiedzic fort, ktory dumnie wznosi sie na skale ponad miastem. Fort jest obledny. Wreszcie pierwsze muzeum, ktore warte jest obejrzenia. W zakamarkach fortu slychac grajacych muzykow na fletach i innych nie znanych nam tradycyjnych instrumentch. Te mila atmosfere psuje jedynie fakt, ze Wlodek ma jakies problemy z zoladkiem. Z fortu wracamy przez stare miasto nie godzac sie na szantarz rikszarzy, ktorzy domagaja sie zdierczych 50 Rp za te przejazdzke. Nasz upor zostaje nagrodzony. Na starym miescie spotykamy znajomych polakow z Delhi - Adama i Krzyska i z nimi radosnie trwonimy czas do odejscia pociagu.

12 listopad

nd

Jaisalmer

O 5 rano pociag zatrzymuje sie w Jaisalmer. Kiedy opuszczamy budynek stacji udeza nas cisza i o dziwo nikt na nas sie nie rzuca. Widzimy patrole policji, samochod wojskowy. W pewnej odleglosci stoja ludzie z transparentami z nazwami hoteli i dopiskiem "free taxi". Jestesmy zaskoczeni. Pozniej dowiadujemy sie, ze miasto utworzylo specjalna jednostke policji do ochrony turystow przed wszelakiego rodzaju naciagaczami i agresywnymi rikszarzami. My wybieramy Hotel Temple View polecony nam przez irlandczykow. Znajduje sie on na terenie starego fortu. Mijamy kolejne bramy, ktore oswietlone slabym swiatlem sprawiaja niesamowite wrazenie - jakbysmy wkraczali w do krainy 1001 nocy. W hotelu padamy i spimy prawie do 11.00. Potem spacer po forcie. Cos sie dzieje, ludzie gromadza sie na dziedzincu, slychac muzyke. To oficjalne powitanie dyrektora banku swiatowego w Indii (ktory spedza tu wakacje ) przez maharadze. Tak sie sklada, ze znajdujemy sie na trasie przejscia maharadzy. Ten widzac nas wita sie z nami. W ekspresowym tempie zwiedzamy miejscowe muzeum, wzbudzajac male zaskoczenie obslugi, a potem idziemy do starego miasta obejrzec havele. Havele to stare kamienice bogatych mieszczan z okresu swietnosci Jaisalmer (glowny punkt na trasie karawan przez pustynie). Kamienice zapieraja nam dech w piersiach. Wyrzezbione koronki w kamieniu zdobiace budynki przetwaly do dzisiaj.

2000, 46 tydzień

13 listopad

pn

Thar Desert

Pobudka 6.00 (I to sie nazywaja wakacje). O 7 zebranie na dachu naszego hotelu. Jeep zabiera nas na pustynie. Nas tzn. Wlodka, Tom'a - belga - i mnie. W malej wiosce poznajemy naszych przewodnikow: Sobu i Gowinde oraz oczywiscie wielblady. Mnie w udziale przypada olbrzymie, acz przyjaznie do swiata nastawione bydle i w dodatku calkiem bystre. Zeby nie bylo watpliwosci, my nie jezdzimy na wielbladach, my na nich siedzimy. Bydlaki znaja droge na pamiec i jak maja sobie ochote poskubac jakies zielsko, to nie ma bata, nic nie mozemy zdzialac. Oczywiscie probujemy nasladowac naszych przewodnikow wydajac wszystkie mozliwe odglosy, jednak niewiele to pomaga. Na poczatku tak jestem przejeta wielbladem, ze nawet nie mam czasu rozejrzec sie dookola. Po dwoch godzinach jazdy przerwa na lunch. Cale szczescie, bo nogi juz nas tak bola, ze trudno znalezc jakas wygodna pozycje. Gowinda gotuje nasz lunch w jednym garnuszku na prymitywnym palenisku z trzech kamieni. My w tym czasie lezymy brzuchami do gory, a ja zabawiam sie w angielskiego pacjenta, piszac dla Sobu list do niemki, ktora przyslala do niego pocztowke. Sobu, ktory nigdy nie byl dalej niz Jaisalmer, pyta sie nas: Zachodni swiat jest dobry, prawda i marzy sobie: moze pojade do Niemiec. Coz mozemy mu na to odpowiedziec. Milczymy grzecznie. Sobu chce o nas wiedziec wszystko. Jestescie zonaci, zamezni? pada pytanie. My potakujemy glowami. Sobu jeszcze nie ma zony, ale jego ojciec juz o tym mysli i pewnie za jakies dwa miesiace wybierze mu zone. Sobu zobaczy ja dopiero w dniu slubu. Posilek jest dla mnie zaskoczeniem. Jemy rekoma. A potem siesta pod drzewem. Tom, z zawodu muzyk, ma ze soba gitare i przygrywa nam bardzo sympatycznie. A potem znowu na wielblady i jazda prawie do zmierzchu. Teraz juz rozgladam sie dookola siebie. Gdzie okiem siegnac spalona sloncem ziemia, gdzieniegdzie jakies kozy i bydlo zywiace sie nie wiem czym. Przed nami majacza piaszczyste wydmy. Ani sladu ludzi. Spokoj. Cisza. Noc na pustyni zapada szybko. Najpierw swieca gwiazdy, a potem wschodzi ksiezyc. Jest pelnia. Robi sie zimno.

14 listopad

wt

Thar Desert

Rano budzi nas Sobu podajac nam herbate do lozka (tzn. spiwora). Wysuwamy nosy ze spiwora. Brr. Jeszcze zimno, ale juz ognista kula slonca pojawia sie nad widnokregiem i z minuty na minute robi sie coraz cieplej. Wsiadamy na wielblady (mnie wreszcie udalo sie samej). Jak okiem siegnac cisza i pustka. Nagle cos przemyka w oddali. To jakies jeleniowate stworki. Spod nog mojego wielblada smiga pustynny lis. W oddali na drzewie zauwazamy pawie. Po chwili docieramy do opuszczonego miasta. Ludzie odeszli stad ponad 500 lat temu z nieznanych powodow. Oczywiscie kraza legendy, ale kto wie ile w nich prawdy. Z miasta pozostaly jeszcze zarysy domow i swiatynie. Nad samym miastem goruje zrujnowany fort. Wspinamy sie do niego by podziwiac widoki. A potem znowu jazda. Tym razem jedziemy przez kamienna pustynie - mamy wrazenie, ze wszystko jest jakies nierealne, a my sami bierzemy udzial w jakims filmie sf i za chwile rozstapi sie ziemia i wyjda z niej zakapturzone stworki. I nagle cos do nas dociera. Tak oczywiscie: Star Wars! I te ryki wielbladow takie same jak na filmie. Noc spedzamy na piaszczystych wydmach.

15 listopad

śr

Thar Desert - Jaisalmer

W srodku nocy budze sie czujac, ze cos jest nie tak. Na tle nieba majacza potezne cielska wielbladow, ktore okrazyly nasz materac. Chwila zastanowienia i juz wiem o co chodzi. Noca polozylismy nasz materac na ich jedzeniu, a one zrobily sie glodne. Przenosimy sie w pospiechu w inne miejsce. Do rana spimy spokojnie. Popijajac poranna herbate zauwazam na materacu Wlodka stworzonko skorpiono-podobne. Poniewaz nie znam sie na skorpinach, informuje uprzejmie Wlodka o jego nowym towarzyszu i na wszelki wypadek wolam Gowinde. Ten natychmiast kaze Wlodkowi zejsc z materaca i skorpion ginie w plomieniach. Wlodek jest niepocieszony. Chcial sie troche podroczyc ze skorpionkiem. I znowu na wielblady. Dzisiaj pustynia wyglada bardziej jak tundra. Widzimy siedliska pasterzy, chaty ze slomy i gliny, potem zaczyna sie pustynia bardziej wulkaniczna, a kilka godzin pozniej docieramy do naszego jeep'a. I cale szczescie, bo juz nas przeokropnie bola siedzenia.

16 listopad

cz

Jodhpur - Udaipur

(co)

17 listopad

pt

Udaipur

Poranek spedzamy na organizowaniu naszych przejazdow. Zapoznajemy sie z systemem "waiting list" i "reservation against cancellation". A potem wybieramy sie na zwiedzanie palacu maharany (tytul wladcy Udaipur). Palac to czesciowo muzeum, czesciowo apartamenty maharany no i oczywiscie ekskluzywny hotel. W muzeum zachowaly sie scienne mozaiki w pawie, lustra, kafle (rodem jakby z Holandii), marmurowe trony i fontanny. Na 13.30 pedzimy na projekcje filmu "Octopussy" z Jamesem Bondem w roli glownej. Akcja tego filmu glownie przebiega w Udajpurze. Sprawia nam wielka radosc rozpoznawanie miejsc w filmie. A potem wybieramy sie do Cristal Gallery. Krysztalowa galeria zostala zamowiona przez Maharane Sajjan Singh w 1877 roku. Dotarla do U. 10 lat pozniej, kiedy wladca juz nie zyl. Krysztalowa kolekcja zawiera trony, sofy, stoly, lampy, zastawy ze szkla angielskiego, weneckiego (Murano) i francuskiego (Lalique). W cenie biletu jest kawa lub herbata w palacowej restauracji. Idziemy sie wiec zapoznac ze swiatem luksusu Jamesa Bonda. Siadamy przy stoliku z widokiem na jezioro, sluchamy indyjskiej muzyki klasycznej na zywo i czujemy sie bardzo szczesliwi

18 listopad

sb

Udaipur - Bombaj

Spimy dlugo, bo przed nami noc w autobusie (16h). Wloczymy sie po miescie, zeby jeszcze troche pooddychac jego atmosfera. I o 15.30 docieramy na przystanek autobusowy. Autobus ma byc delux. Delux to moze i on byl z jakis 30 lat temu, ale co robic. Juz na wstepie czuc jakies przekrety. Nie rozumiem hindu, ale chwytam, ze cos mowia o cenie biletu i ustalaja ja na 375 Rp. Cale szczescie, ze oni maja tu taki dziwny zwyczaj wplatywania angielskiego do swoich wypowiedzi. My zaplacilismy tylko 310Rp. Jednak kiedy do mnie podchodza i pytaja sie, ile zaplacilismy, z kamienna twarza mowie 375. W zwiazku z tym my nie doplacamy do biletu tak jak inni uczciwsi ode mnie po wielkiej awanturze. Autobus jest rzeczywiscie "szemrawy". Mielismy przyjechac do centrum Bombaju, a oni wyrzucaja nas jakis przedmiesciach i mowia: "O, tam jest stacja kolejowa. Jakos sobie dojedziecie". Jakos sobie dojechalismy, przy okazji rozpracowujac szybka kolej podmiejska w Bombaju.

19 listopad

nd

Bombaj - Aurangabad

Bombaj jest zupelnie inny od miast, ktore widzielismy do tej pory. Przestrzenny, nowoczesny i jeszcze czuc w nim dawny kolonializm. Okropnie glodni wskakujemy do jakiejs klimatyzowanej restauracji. Ja pedze do lazienki, zeby sie umyc po nocy w autobusie. Ku mojemu zaskoczeniu lazienka jest czysta! Po pysznym sniadanku wychodzimy z jakze milej i klimatyzowanej restauracji i po raz pierwszy powala nas smrod. Do tej pory owszem smierdzialo, ale powiedzmy tylko okresowo i miejscowo. Tu smrod jest wszechobecny. Na szczescie po jakims czasie wech nam sie przytepia i da sie jakos wytrzymac. Spacerkiem wleczemy sie do Gateway of India. Na bulwarze kreca film Bolywood. Miejscowych gapiow policjanci przeganiaja palka. Do mnie usmiechaja sie i mowia: Come closer and have a look.

2000, 47 tydzień

20 listopad

pn

Aurangabad

Podroz do Aurangabadu jest dla nas mila niespodzianka. Wlodek wytargowal bilety autobusowe po tak niskiej cenie, ze podejrzewamy ze nasz autobus pewnie w ogole tam nie dojedzie. Ze smutkiem obserwujemy piekne i luksusowe autobusy znikajace w oddali. Nasz autobus nawet nie jest luksusowy. Naszego autobusu po prostu nie ma. Czekamy ponad godzine zastanawiajac sie: przyjedzie, czy nie. Wreszcie przyjezdza. Nie wierzymy wlasnym oczom. Czysciutki, fotele lotnicze, mnostwo miejsca na nogi, podporki na nogi, firanki, video - nie do wiary. Podroz mila, ale diabel nie spi. Dojezdzamy do Aurangabadu, lapiemy riksze na dworzec, zeby tam zostawic plecaki i nagle zimny dreszcz przebiega nam po plecach. Uprzejmy rikszarz informuje nas, ze dzisiaj tzn. w poniedzialek wszystko jest zamkniete. Oczywiscie nie wierzymy mu. To zasada numer jeden tutaj. Nigdy nie wierz rikszarzowi. Ale miny nam rzedna, gdy slyszymy te sama informacje w informacji turystycznej. Co robic? Bilety mamy juz kupione na jutro z Bombaju na Goa. Dostac je bylo cholernie trudno. Z Aurangabadu do Bomabaju mamy bilet na dzisiaj wieczor tez zdobyty z wielkim trudem. Ale wyjechac ot tak, nie zobaczywszy jaskin. Przeciez po to tu przyjechalismy. A moze by tak jutro samolot do Bombaju. Postanawiamy najpierw udac sie na stacje. I kto tu zrozumie Koleje Indyjskie. Nie ma problemu ze zmiana biletow. Sprawe zalatwiamy od reki. Potem zastanawiamy sie co dalej. Przed nami caly dzien i wybitnie nieatrakcyjne miasteczko Aurangabad. Jedziemy do tzw malego Taj Mahal. Juz sam jego widok nas odrzuca. Druga ciekawostka w miasteczku (ponad milion mieszkancow) to mlyn wodny - cudo techniki z poprzedniego wieku. Przygladamy sie ze zmarszczonymi czolami i bez slowa odwracamy sie i wedrujemy cos zjesc.

21 listopad

wt

Ellora Caves

Mimo niezwyklych wysilkow miejscowych naciagaczy do jaskin jedziemy autobusem. W zasadzie slowo "jaskinie" nie wydaje sie tu byc najodpowiedniejszym. To raczej swiatynie wykute w skale na przestrzeni 400 wiekow. Niektore z nich jeszcze nie sa skonczone. Jest ich w sumie 34: 12 buddyjskich, 17 hinduistycznych i 5 jainistycznych. Zaczynamy od srodka. Milo jest wejsc do chlodnych pomieszczen i popatrzec jak to dawno temu ludzie mieli czas i ochote tyle wykuc w skale. Nie byli to sobie ot tacy rzemieslnicy. Musieli znac sie na architekturze i akustyce. W jednej ze swiatyn przewodnik demonstruje wspaniale echo nucac jakas melodie. Kailosa Temple zapiera dech w piersiach. Wykuta zostala w jednym kamiennym bloku od gory do dolu, tak ze przy jej budowie, nie bylo potrzeby uzycia rusztowan. Nam jednak najwieksza frajde sprawiaja swiatynie jainistyczne. Czyjemy sie jak mali odkrywcy przelazac waska sciezka nad jeziorkiem i wchadzac do swityni po schodach jak w filmach o Indianie Jones'ie. Mnie co prawda przy ostatniej swiatyni nogi odmawiaja posluszenstwa, ale to pewnie z tego goraca.

22 listopad

śr

Bombaj

I znowu Bombaj. Teraz dla odmiany doskwiera mi zoladek. Probuje wymiotowac, ale nie przynosi to ulgi. W miedzyczsie probujemy zrealizowac czek podrozny na 500USD, ktory udalo mi sie wyprac razem ze spodniami Wlodka. Zajmuje nam to troche czasu i biegania ale cala akcja konczy sie szczesliwie. Zeby wyrobic sie w czasie zapoznajemy sie z taksowkami w Bombaju. Ale fajni naciagacze. Jednemu z nich, ktory wiezie nas dluzsza droga i za nic nie chce sie do tego przyznac, wyglaszam kazanie, ze pewnego dnia przyjdzie mu zaplacic za to ze nas chcial oszukac. My nie mozemy mu tego udowodnic. Ale Bog widzi wszystko. Ku naszemu zdziwieniu taksowkarz milknie i kasuje nas za krotsza trase. Kupujemy bilety do kina i staramy sie kupic bilety kolejowe na cala nasza trase w Indiach. Wlodek dokonuje cudu dostajac sie do naczelniczki i bilety kupujemy bez kolejki. Ja sie czuje coraz paskudniej. Zoladek dokucza mi obrzydliwie i chyba mam temperature. Wlodek pociesza mnie jak moze, wiec troche mi lzej. Idziemy do kina. Wytrzymujemy poltorej godziny i cichutko opuszczamy kino.

23 listopad

cz

Chapora

Noc mija mi spokojnie, zwlaszcza ze w klasie 3A. My do tej pory podrozowalismy tylko sleeperem klasy 2. Juz sie nauczylam jak nalezy sobie wymoscic gniazdko na swojej pryczy. W 3A tak samo szybciutko wskoczylam na swoja prycze, wyciagnelam swoj kocyk, polarka pod glowe i ..... Uprzejmy wagonowy przynosi mi poduszke, przescieradlo i kocyk. Wreszcie ranek. Za oknami palmy i blekitne niebo. Plaz na Goa jest mnostwo, ale my bysmy chcieli taka plaze raj, ktora pamieta jeszcze dawne czasy i tamtych hippisow. Stawiamy na Chapore i Vagator. Strzal w dziesiatke. Malutkie wioseczki nad brzegiem Morza Arabskiego maja w sobie wiele uroku. Plaze z bialym piaseczkiem sa otoczone skalami, znad ktorych widac palmy. Stare domki, z ktorych niektore pewnie jeszcze pamietaja portugalczykow, kryja sie w palmowych gajach. Wieczorem idziemy na plaze obserwujac przyplyw. Jestesmy szczesliwi. Gdyby mnie jeszcze tylko tak nie bolal zoladek.

24 listopad

pt

Vagator

Po pierwszej nocy spedzonej w Chaporze przenosimy sie do Vagator. A potem od razu na plaze, gdzie droczymy sie z krabami i czytamy ksiazki. Niebo bez jednej chmurki. Woda rozbija sie o skaly, palmy kolysza sie na wietrze - tylko nie wiadomo dlaczego ten moj zoladek nie chce sie uspokoic. Decydujemy sie odwiedzic miejscowego lekarza. Ten stwierdza ze mam dezynterie i daje mi doslownie tone lekarstw i zastrzyki. Po trzech dniach mam sie do niego zglosic ponownie.

25 listopad

sb

Vagator - Aguada Fort - Sinquerim Beach - Calangute - Baga

Dzis dzien prawdy. Wynajmujemy skuter. Wlodek z kamiennna twarza siada po raz pierwszy w zyciu na to urzadzenie i probuje jechac. Pierwsze, drobne niepowodzenie tlumaczymy wlascicielowi skutera tym, ze u nas skutery nie sa automatyczne tylko maja skrzynie biegow. Po jakis 5 min Wlodek jezdzi tak jakby nic innego w zyciu nie robil. Dosiadamy naszego rumaka i w droge. Pierwszy przystanek to Fort Aguada. Z zadowoleniem stwierdzamy, ze nasza plaza jest ladniejsza, co jednak nie przeszkada nam w pobyczeniu sie tam. A pozniej jedziemy do starej latarni morskiej skad widac przepiekna rezydencje. Ukryta w palmach nad brzegiem morza nalezy do bogatego przemyslowca z Bombaju, glownie goszcza w niej ekipy filmowe, bo on sam na to nie ma czasu. Ruszamy dalej. Tym razem plaze w Calangute i spacer brzegiem morza az do Bagi. Male krabiki smigaja nam spod nog, lodki rybakow unosza sie na wodzie, malutkie bambusowe kafejki rozrzucone wzdluz plazy neca nas swoimi wygodnymi fotelami. Turysci hinduscy na nasz widok podbiegaja do nas i pytaja sie, czy moga sobie z nami zrobic zdjecie. Pewnie pozniej, w domu, opowiadaja z duma przyjaciolom i rodzinie:" Widzicie! Widzialem bialego czlowieka."

26 listopad

nd

Vagator - Old Goa

Dzis niedziela. Wybieram sie do kosciola czym wzbudzam zyczliwe zainteresowanie mieszkancow miasteczka. Potem jedziemy naszym skuterkiem do Old Goa - bylej stolicy portugalskiej kolonii. Wlasnie obchodza nowenne odpustu sw Franciszka Xawerego - patrona Goa. Atmosfera jak z Tomka Sawyera. Na trawnikach porozkladaly sie cale rodziny. Jeden wielki, niedzielny piknik. Ma sie wrazenie, ze za chwile piegowaty Huck Finn wytnie jakiegos psikusa cioci Polly. Koscioly w Goa podobno rywalizowaly kiedys przepychem i pieknem z Lizbona. Trudno powiedziec, ktore piekniejsze. W tym miasteczku czas sie zatrzymal. Historia nie jest historia tylko terazniejszoscia. Wieczor spedzamy na plazy, przy swiecach.

2000, 48 tydzień

27 listopad

pn

Vagator

Dzis laba. Slonce, morze (woda tak ciepla, ze nie czuje sie zadnej roznicy temperatur), palmy no i wizyta u lekarza. Wychodze na prosta. Dostaje jescze lekarstwa na nastepne dwa dni i lekarz mowi, ze moge kontynuowac podroz bezpiecznie.

28 listopad

wt

Vagator

Wakacje wakcje. Niech zyja wakacje. Goa slynelo, kiedys z "drug'ow". Ja dolaczam do tej szlachetnej tradycji, polykajac swoich 8 tabletek do kazdego posilku. Wieczorem wybieramy sie na psychodeliczna dyskoteke (jest tylko do 22.00). Tu jescze ostalo sie troche wspomnien dawnego Goa.

29 listopad

śr

Vagator - Anjuna

Dzis dzien zakupow. Cieszymy sie bardzo no i wreszcie po bardzo dlugim czasie spotykamy naszych rodakow. Wzdycham ciezko, kiedy mowia, ze wczoraj skonczyli kielbase (i to z Krakowa). Ja juz mam po dziurki w nosie kuchni indyjskiej. Wlodek dla odmiany za nia przepada. Dla mnie wszystko jest tak ostre, ze nie czuje zadnego smaku. Po sniadaniu idziemy plaza do Anjuny. Jest to mozliwe poniewaz jest odplyw. Gorac bije z nieba. Woda morska obmywa nam stopy, przedzieramy sie przez jakies skalki i zarosla i wreszcie Anjuna. Pchli targ rozlozyl sie nad brzegiem morza - setki kolorowych straganikow na ktorych znalezc mozna wszystko. Sprzedaja i hindusi, i biali. My chcemy sobie kupic jakies letnie ubrania. Wlodek targuje sie z pasja. W rezultacie nasze portfele staja sie chudsze, a plecaki ciezsze. Do domu wracamy droga ladowa zachodzac do kafejki internetowej, zeby sprawdzic status naszych biletow. Niestety ciagle jestesmy na "waiting list". Wieczorem przystrojeni w nowe ciuchy idziemy na pozegnalna kolacje z Goa.

30 listopad

cz

Vagator - Madgaon

Spakowani ruszamy do Chapory na autobus i sniadanie. W miedzyczasie maly skok do kafejki internetowej. I jaka ulga. Bilety sa potwierdzone, co prawda sa w dwoch roznych wagonach ale i tak mamy szczescie. Tylko nasze bilety z waiting listy zmienily status. Pozostali oczekujacy pasazerowie musza zostac w domu. A potem autobus, autobus i pociag, i juz jestesmy w Madgaon, skad poznym wieczorem mamy pociag do Ernakulam.

GRUDZIEŃ, 2000

1 grudzień

pt

2 grudzień

sb

3 grudzień

nd

Następny miesiąc