Poprzedni miesiąc

GRUDZIEŃ, 2000

2000, 48 tydzien

27 listopad

pn

29 listopad

wt

29 listopad

śr

30 listopad

cz

1 grudzien

pt

Ernakulam - Allapuzha

Jak ten czas szybko leci. Juz pierwszy grudnia, a nam sie wydaje, ze dopiero co wyjechalismy z Polski. W Ernakulam lapiemy autobus do Allapuzha, miasteczka w Kerali, ktore jest miejscem wypadowym na rozlewiska. Autobus z trudem przedziera sie do stacji. W miescie jest jakas olbrzymia manifestacja. Tlumy ludzi z czrwonymi choragwiami z mlotem i sierpem skanduja cos rytmicznie. Mnostwo policji. Panuje takie zamieszanie, ze nawet miejscowi naciagacze sa troche zagubieni i zostawiaja nas w spokoju. A moze my juz wygladamy na takich, co to sie nie dadza naciagnac (ha!, ha! dobrze jest miec zludzenia.) Kupujemy bilety na wycieczke stateczkiem do Kollam. Jestem tak zmeczona, ze padam na lozko i spie jak zabita. W srodku nocy budzi mnie wsciekly Wlodek i mowi, ze zawieszamy moskitiere, bo on za chwile oszaleje. Juz od dwoch godzin opedza sie od komarow i ma serdecznie juz wszystkiego dosc.

2 grudzien

sb

Allapuzha - Kollam/Quilon

Wycieczka statkiem z Allapuzha do Kollam. Budze sie rano i juz wiem, ze Wlodek opedzajac sie od komarow wybral lepsza opcje. Cale rece i szyje mam podziobane przez te paskudztwa. Mam tylko nadzieje ze wsrod tych gadow nie bylo roznosiciela malarii. Sniadanko w jakiejs kafejce o dumnej nazwie "Wenecja". Kafejka polecona nam przez przemila amerykanka, ktora bardzo sie zmartwila, ze Wlodek nie jest samotny. I szybciutko do naszego stateczku (dwupokladowa lodz motorowa). Plyniemy kanalami, kanalikami, rozlewiskami. Na brzegach ukryte w palmach domki, mnostwo ptactwa, rybacy, polawiacze malz a my rozwaleni na pokladzie zajadamy sie owocami. Czysta przyjemnosc. Kolo poludnia przybijamy do malej wysepki na lunch. Jak zwykle thali. Mieszam rekami w ryzu i probuje cos zjesc, ale nie daje rady (Wlodek wcina z pasja). Niedaleko naszego stateczku jest zacumowana houseboat - taki luksusowy domek na wodzie. Pytamy sie, czy mozemy sobie ja obejrzec. Oczywiescie ze tak. Rozkoszujemy sie lodeczka, ale nasz statek trabi juz na spoznialskich. I znowu plyniemy. Z wody wystaja przedziwne drewniane konstrukcje. To stojaki na sieci. Slonce zachodzi nad wodami. Przybijamy do Kollam.

3 grudzien

nd

Kollam - Verkala

Spimy w jakims beznadziejnym hoteliku, z ktorego uciekamy w te pedy. Uciekamy na plaze do Verkala. I znowu jeden z tych przyjemnych dni, kiedy jedynym problemem jest gdzie i co zjesc. Opijamy sie wspanialymi swiezymi sokami z pomarancz, granata i innych owocow, ktorych nazwy nam nic nie mowia.

4 grudzien

pn

Madurai

W nocy budzi nas konduktor, ktory twierdzi, ze nie jestesmy na swoich miejscach. Ja upieram sie , ze jestesmy ale on mi nie wierzy, nawet kiedy widzi nasz bilet. Dopiero jakis poirytowany hindus potwierdza, ze jestesmy na swoich miejscach i jemu konduktor wierzy. Tak w ogole to hindusi sa obrzydliwymi sluzbistami i uwielbiaja biurokracje. Ilosc papierkow do wypelnienia w hotelu czy przy kupnie biletow wprowadza w oslupienie. Co kogo interesuje ile mam lat, jakiej jestem narodowosci, czy plci przy kupnie biletu kolejowego. O 6.30 rano docieramy do Maduraju. Wedrujemy do swiatyn. U progu swiatyni mala przepychanka - jak zwykle chodzi o buty. Same swiatynie wzbudzaja w nas mieszane uczucia. Razem z Wlodkiem zgadzamy sie, ze najlepszym okresleniem na nie jest przymiotnik "ciekawe". W niebo wznosza sie wieze z jarmarcznymi (jak dla mnie) rzezbami. Wieze polaczone sa murem w czerwono biale pasy. W srodku oczywiscie swiety staw. No i slon udzielajacy traba blogoslawienstwa za pieniadze. Niektorzy z miejscowych pielgrzymow przygladaja sie nam z rozdziawionymi ustami. Znowu chca sobie robic z nami zdjecia. Paru chlopcow podbiega do Wlodka i zaglada mu w twarz z odleglosci 10 cm i wola: "weiss, weiss". Na widok aparatu Wlodka wolaja "no video!". Krecimy glowami. To jest zwykly aparat. Nie sa co do tego przekonani. Do swiatyni zamierzamy wrocic o zachodzie slonca. Teraz musimy zalatwic nocleg w Orchhy. Przypomina to jakis kafkowski koszmar. Telefon z Lonely Planet jest albo gluchy albo automatyczny glos informuje nas, ze taki telefon nie istnieje. Dzwonimy do informacji turystycznej. Ta kieruje nas do innej informacji. Tam dla odmiany kaza nam dzwonic po 10.00. Wlodek jeszcze raz wykreca numer z Lonely Planet. Tym razem jest polaczenie. Owszem to ten hotel, ale oni maja centralna rezerwacje pod innym numerem. Dzwonimy tam. Niestety nie moga nic zarezerwowac, bo wylaczona im prad i komputer nie dziala. Mamy zadzwonic pozniej. Zrezygnowani w potwornym upale, odwiedzajac co chwila jakas restauracje drepczemy do palacu Tirumlai Nayak. W milczeniu podziwiamy resztki tej jednej z najpiekniejszych swieckkich budowli w Indiach. No i wreszcie udalo nam sie dodzwonic i zarezerwowac hotel w Orchhy.

5 grudzien

wt

Chennai/Madras - Mamallapuram

Do Chennai docieramy skoro swit. Szukamy jakiegos hoteliku i w droge do Mamallapuram. Rozklekotanym autobusem, ktory doslownie rozlazi sie w szwach dojezdzamy do niewielkiej wioski polozonej nad samy mozem. Wstyd sie przyznac, ale slynna swiatynia nie robi na nas wiekszego wrazenia, a jaskinie i mandapany wydaja sie nijakie po Ellora Caves. Interesujaca wydaje sie nam tylko plaskorzezba Anjuna Penance. Decydujemy sie, ze odwiedzimy farme krokodyli, ktora widzielismy po drodze. Miejscowy naciagacz probuje nas przekonac, ze jedzie tam tylko jeden autobus dziennie i to w dodatku zawsze sie psuje. Dlatego tez powinnismy jechac jego taksowka. Wskakujemy do pobliskiego autobusu, ktory oczywiscie bez problemu dowozi nas na miejsce. Farma krokodyli wzbudza w nas wiecej entuzjazmu niz swiatynie w Mamallapuram. Oprocz krokodyli na farmie sa tez weze. Patrzymy z nieklamanym podziwem, jak ich opiekunowie swobodnie sie wsrod nich poruszaja. Tlumacza nam z poblazliwym usmiechem, ze kobre wystarczy zlapac za ogon, podniesc do gory i jestesmy zupelnie bezpieczni. No coz, skoro tak mowia specjalisci, nie bedziemy sie spierac, ale na wszelki wypadek nie probujemy lapac kobry za ogon. Po drodze do hoteliku Wlodek odkrywa miejscowa cukiernie, w ktorej obzeramy sie miejscowymi smakolykami. Okropnie slodkie ale pychotka.

6 grudzien

śr

Chennai - Kanchipuram

Miasto swiatyn i nasza druga wyprawa z Chennai. Samo miasteczko nic specjalnego, ale swiatynie zachwycaja rozmachem (niestety nie czystoscia lub ich ogolnym stanem). Wedrujemy wsrod lasow kolumn znow wzbudzajac sensacje wsrod hinduskich pielgrzymow. Obowiazkowe zdjecie z bialym czlowiekiem jest dla nich wieksza atrakcja niz swiatynia. W Devarajaswani Temple miejscowy mnich oprowadza nas po holu "malzenskim". Dzieki niemu miejsce nabiera zycia. W swiatynnym stawie jest zanurzona 10m statua Vishnu. Co 40 lat wylania sie z wody i ukazuje oczom pielgrzymow. Moze tu wrocimy by ja zobaczyc.

7 grudzien

cz

Grand Trunk Express Xhennai - Itarsi - Jabalpur

Po poludniu znowu ruszamy w droge. Tym razem pierwsza klasa. Na te podroz czekalismy z utesknieniem. Przetestowalismy juz wszystkie klasy pociagow oprocz tej jednej. Jak to bedzie? 24.5 godziny w pociagu. Jak to zniesiemy? Znosimy i to bardzo dobrze. Mamy przedzial tylko dla siebie: czysciutki, klimatyzowany, wlasna umywalka, mydelka, reczniki. Czysta toaleta. Najwygodniejsze do tej pory lozka i ciepla czysta posciel. Sniadanie i kawa do lozka. Tak. Tak to mozna podrozowac i nawet nie zauwazyc, ze sie podrozuje.

8 grudzien

pt

Jabalpur - Kahna National Park

Noc spedzamy w Jabalpurze i wczesnym rankiem wymykamy sie z hotelu na autobus. Przed nami 160 km czyli okolo 6 godzin jazdy. Na jednym z postojow Wlodek spotyka emerytowanego nauczyciela angielskiego. 71 letni pan jest niezwykle ujmujacy, zaprasza nas na herbate i czestuje "beatle leaf". Zujemy go z godnoscia, rozpaczliwie zastanawiajac sie, co to jest. I czy ta nazwa ma cos wspolnego z zukiem. Po chwili usta robia sie nam pomaranczowo czerwone. Ciekawe jak zniosa to nasze zoladki? W Kanhie zatrzymujemy sie w niewielkim moteliku, ktory jest skromniutki i zgrzebny, ale unosi sie w nim jakas przedziwnie pociagajaca atmosfera. Kiedy juz umyta zasiadam wygodnie w fotelu przed naszym pokoikiem, zjawia sie para holendrow (Francine i Theo). Oni tez zauroczeni miejscem decyduja sie tu zatrzymac. Nasza przygode w parku bedziemy dzielic razem z nimi. Wynajmujemy jeepa z kierowca i jedziemy. Kazde z nas mocno trzyma kciuki, zeby zobaczyc tygrysa. Przeczesujemy wzrokiem drzewa i trawy. Bija nam serca. Po drodze mijamy stada jeleni ale tygrysa ani widu, ani slychu. Nagle Theo wola: Stop the car! Leopard! Samochod gwaltownie sie zatrzymuje. Doslownie jakies 20 m od nas widzimy lamparta. Przyglada nam sie z zaciekawieniem, ale chyba nie robimy na nim wiekszego wrazenia. Powolutku podnosi sie, przez chwile wedruje wzdluz drogi i znika w lesie. Zaczyna sie robic zimno, slonce zachodzi. Czas na nas. Za chwile zamkna bramy parku. No coz nie zobaczylismy tygrysa, moze jutro bedziemy mieli wiecej szczescia. Wyjezdzamy przez brame parku. Nasz przewodnik wysiada z samochodu. Wracamy do motelu. Nagle Salim, nasz kierowca, gwaltownie zatrzymuje samochod i wskakuje na jego dach. Slyszycie malpy - mowi - alarm call. Wpatrujemy sie w szarzejace laki i nagle, tak, jest. Tygrys majestatycznie i od niechcenia przemierza laki. Wstrzymujemy oddech. Ta chwila jest piekna. Kiedy wracamy do naszego hoteliku roi sie w nim od gosci.Przyjechala wycieczka hindusow. Przemily dentysta z Bombaju uczy mnie, jak robic czapati. Wlodek jest szczesliwy, bo je uwielbia i ma nadzieje, ze bede w stanie zrobic je i w Polsce.

9 grudzien

sb

Kahna National Park

Trudno sie jest zerwac rano, zwlaszcza ze wieczor spedzilismy z Theo i Francin. Wlodek cieszyl sie bardzo, ze Theo smakowala whiskey, ktora targalismy ze soba az z Nepalu, bo teraz jego plecak jest o 1 kg lzejszy. Poza tym jest obrzydliwie zimno. Jestesmy tym zupelnie oszolomieni. Wrzucamy na siebie wszystko, co mamy i wskakujemy do jeepa. W parku jeszcze unosza sie mgly. Na drodze widac swieze slady tygrysa. Bestia jakby bawila sie z nami w ciuciubabke. Raz slady pojawiaja sie, raz znikaja. Nagle przez droge przetacza sie olbrzymi bizon. Wydaje z siebie jakies dziwne odglosy. W pewnej chwili nasz kierowca otrzymuje sygnal. Namierzono tygrysa. Pedzimy na miejsce zbiorki. Dostajemy swoj numerek (jeden z ostatnich) i czekamy w kolejce. Co 10 min spracowany slon wiezie 4 turystow zeby popatrzyli sobie na tygrysa. Ja jestem troszeczke rozczarowana. Ten tygrys ma niewile wspolnego z wczorajszym wladca. Fakt, jest piec metrow ode mnie, ale mam wrazenie, ze to wszystko jest wyrezyserowane. Jednak nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo. Bylismy jedni z ostatnich, a do naszej bramy daleka droga. Park zamykaja o 12.00, pedzimy wiec skrotami, drogami normalnie zamknietymi dla turystow. Przejezdzamy przez mostki, ktore nasz przewodnik najpierw sam sprawdza, a dopiero potem my wolniutko przejezdzamy. Przy bramie jestesmy o pol godziny za pozno. Na szczescie straznicy tylko groznie marszcza brwi, ale nie wyciagaja zadnych kosekwencji. Po poludniu jeszcze jedna wyprawa do parku. A potem dlugie polakow (tzn hindusow, holendrow i polakow) rozmowy.

10 grudzien

nd

Katia - Jabalpur - Bina

Wlodek pisze kolejny artykol, a mnie meczy rozmowa emocjonalnie rozchwiany amerykanin. Wyzala mi sie, ze hindusi wiecznie dosypuja mu czegos do jedzenia, a tak w ogole to caly czas go oszukuja. A moze ja jednak jestem francuzka? - pyta sie mnie nagle. On tak bardzo chcialby spotkac francuzow. Na szczescie przyjezdza nasz autobus i moge uwolnic sie od jego towarzystwa. Ciekawe, czy my tez bedziemy tacy pod koniec naszej podrozy? Ten amerykanin juz rok jest w drodze. Na postoju ponownie krotkie spotkanie z naszym "nauczycielem". Czeka na nas tak, jak obiecal. Dopytuje sie, czy nam sie podobalo, czy jestesmy zadowoleni. Autobus rusza. Machamy mu na pozegnanie.

11 grudzieE

pn

Bina - Jhansi - Orcha

O 5.55 rano przesiadamy sie w Binie na pociag do Jahnsi. Troche nie jestesmy pewni, czy to nasz pociag, czy nie (nic na nim nie jest napisane), ale upewniamy sie, ze ztrzymuje sie w Jahnsi i spokojnie ucinamy sobie drzemke. Konduktor potwierdza nasze obawy. To nie jest nasz pociag, ale na szczescie zatrzymuje sie w Janhsi. Co prawda teoretycznie jestesmy bez biletow, no ale to nic nie szkodzi. Z Janhsi juz jest tylko skok do Orchhy (18 km). Pomysl pojechania do Orchhy podsuneli nam polacy spotkani w Kajuraho. To dzieki nim spedzamy noc w tym urokliwym miejscu. Olbrzymi kompleks palacowy zbudowany w 1606, teraz chyli sie juz ku ruinie. W jego istniejacej jeszcze czesci wygospodrowano miejsce na hotel. Pokoje w starych palacowych pomieszczeniach, olbrzymie marmurowe lazienki i antyczne meble maja w sobie wiele uroku. Z przyjemnoscia bierzemy goracy prysznic z widokiem na bezkresne rowniny. Odswierzeni i radosni wedrujemy do miasteczka. Patrzac na jego stan dzisaj, az trudno uwierzyc, ze to kiedys byla stolica Rajputu. Pozostaly jedynie ruiny i chylace sie ku upadkowi swiatynie i chattri. Nad nimi unosza sie, nomen omen, zlowieszcze sepy.

12 grudzien

wt

Orcha - Agra

O ile latwo bylo nam wjechac do Orchhy, o tyle trudniejszy okazal sie z niej odwrot. Droga jest zablokowana, bo sa jakies wybory. Na szczescie znajdujemy jakas autoriksze i dzielac ja chyba z Koreanka jedziemy do Jahnsi, gdzie przesiadamy sie do pociagu do Agry. O Agrze juz od dawien dawna kraza ponure opowiesci. A to, ze naciagacze tu sa potworni, a to ze truje sie tu turystow, a rikszarze sa najbardziej upierdliwi. Rzeczywiscie w chwili, gdy opuszczamy stacje dopada nas jakis rikszarz, ktory juz planuje dla nas pobyt w Agrze, nie chce przyjac do wiadomosci, ze my chcemy zobaczyc tylko Taj Mahal. Wciska nam listy referencyje i mowi, ze najpierw zawiezie nas do hotelu. Jutro rano zabierze nas do Taj Mahal, potem do fortu, potem do restauracji a potem jeszcze do sklepow. Niestety upieramy sie przy swoim i rozstajemy sie przy hotelu

13 grudzien

śr

Agra - fatephur Sikri - Bharatpur

O 6 rano jedziemy obejrzec Taj Mahal z top roof restaurant. Patrzymy jak powolutku wynurza sie z mgiel i jak oswietla go slonce. Rzucamy moneta, czy wchodzic, czy nie. W dniu, w ktorym wjechalismy do Indii, rzad indyjski zmienil ceny biletow. Taj Mahal kosztuje teraz 21$ od osoby. Rzucamy moneta. Ta pokazuje, ze mamy wejsc. Wchodzimy wsciekli jak diabli na caly indyjski rzad. Po chwili zlosc nam mija. Taj Mahal jest piekne i zapominamy o zaplaconych 42USD i o tym ze hindusi za wejscie placa jedynie 10 rupii. Mauzoleum oczarowuje, mozna sie w nim zakochac. A potem wsiadamy do autobusu do Fathepur Sikri. Juz na przystanku wyluskuje nas wlasciciel hotelu. Ma w swoim hotelu przechowalnie bagazu, no i moze chcielibysmy u niego przenocowac. Hotelik jest bardzo sympatyczny, ale my planujemy wieczorem przejazd do Bharatpur. Wlasciciel zali sie nam, ze podniesienie cen biletow wstepu spowodowalo spadek naplywu turystow do Fathepur Sikri. Interesy miejsowych hotelikarzy nie ida najlepiej. Uprzedza nas, aby bron boze nie placic 10 dolarow za wejscie. Bo najwazniejszy meczet jest za darmo, a reszte mozna obejrzec sobie spacerujac dookola muru. Rzeczywiscie ma racje.

14 grudzien

cz

Bharatpur

Troche sie boimy. Wszyscy o tym parku opowiadaja wspaniale historie. Nasze nadzieje sa wiec wielkie, ale kto wie, czy sie nie rozczrujemy. Wypozyczamy rowery i bezczelnie oszukujac wszystkich czatujacych na nas parkowych przewodnikow sami wjezdzamy do parku. Mamy mala mapke i nia sie poslugujemy. Bharatpur nie bylo stworzone jako park. Maharaddza chcial miec po prostu doplyw swiezego dzikiego ptactwa na stol. Z czasem przemieniono to miejsce w park. Wydawalo nam sie, ze ptaki nas tak bardzo to nie interesuja. Ale po chwili juz nas wciaga. Bo ptactwa tu ci dostatek wszelki. Brodza w wodzie, leca w powietrzu, az glowa boli od krecenia. Po poludniu zatrzymujemy sie w malej parkowej kantynie na odpoczynek. Walkonimy sie na naszym kocyku, popijamy kawe i wcinamy kanapki. Nagle podchodzi do nas amerykanka i pyta sie, czy widzielismy pytona. Podnosimy sie. Moze z 15 m od nas, przy toalecie, wygrzea sie w najlepsze pyton. Jest sredniej wielkosci, informuje mnie jakis hinduski turysta. Jak dla mnie jest wystarczjaca duzy. Kolo 16.00 opuszczamy park i probujemy zalatwic sobie jakis dojazd na stacje na poranny pociag. Pociag jest o 6.30 a my jestesmy jakies 10 km od stacji.

15 grudzien

pt

Bharatpur - Delhi

Nasz rikszarz czeka na nas o 5 rano. Tak jak obiecal. Dojezdzamy na stacje i cos nam podszeptuje zeby zapytac sie o pociag. Hindus w okienku informuje nas lamana angielszczyzna, ze nasz pociag ma co najmniej 6 godzin opoznienia a moze i wiecej, bo byl jakis wypadek i na pewno zaden pociag do Delhi z Bharatpur nie odjedzie przed 12.00. Rozwazamy mozliwosci wyjazdu. Po skalkulowaniu za i przeciw (zwrot pieniedzy za bilety, ktore juz wykupilsmy), decydujemy sie na jeepa - taksowke. Dolaczaja sie do nas brytyjczycy. Do Delhi docieramy kolo 11.00. Taksowkarz podwozi nas z drugiej strony stacji, wiec przechodzac przez nia postanawiamy zapytac sie o zwrot naszych pieniedzy. To, co tam sie dzialo jest juz zupelnie inna historia, ale o niej powinien napisac Wlodek, bo to on dokonal tego cudu. Wreszcie po 1.5 godziny docieramy do hotelu, gdzie nastepnego ranka spotykamy polaka Grzeska, w chwili, gdy wypowiadam slowa: juz tak dawno nie spotykalismy zadnych polakow.

16 grudzien

sb

Delhi

Pedzimy po miescie, jakies ostatnie zakupy no i oczywiscie internet. Mam ogromne zaleglosci. Nie wiem, czy to wszystko wklepie, ale sprobuje. Wieczorem jestesmy umowieni z Grzeskiem. Podrozowal co niemiara po Azji i jego wskazowki sa nieocenione.

17 grudzien

nd

Delhi

Oczywiscie znowu internet i ostatnie formalnosci. Pozegnalne male co nieco z Grzeskiem i wieczorem jedziemy na lotnisko.

18 grudzien

pn

Delhi - Bangkok

Na lotnisku dociera do mnie, ze jednak sie troche zmienilam. Zeby bylo smieszniej, stwierdzam to w toalecie na lotnisku. Pamietam ja doskonale, kiedy lecielismy do Nepalu. Wchodzilam do niej na palcach starajac sie nie dotknac niczego i uciekalam stamtad w poplochu. Bylam przerazona. To jest toaleta na miedzynarodowym lotnisku! Co bedzie dalej? I prosze, 3 miesiace pozniej wchodze do tej samej toalety. Mysle sobie: jaka czysta, lustra nie pobite, nawet mydlo w plynie, a w kabinkach papier toaletowy no i jak czysto! W samolocie tajskich linii lotniczych z niedowierzaniem patrze na czysta wykladzine. Kiedy to ja po raz ostatni widzialam czysta wykladzine? Ale mimo wszystko Indie nam sie bardzo podobaly, a przed nami migocza juz swiatla Bangkoku. Bangkok wita nas koledami i choinkami. Klimatyzowany autobus przewozi na Khao San. Wysiadamy. Cisza. Nikt sie nami nie interesuje. Stoimy z mapa i ksiazka i nie wzbudzamy niczyjego zainteresowania. Gdzie sa rikszarze i naciagacze? Ruszamy na poszukiwanie jakiegos miejsca. Pierwsze to prawdziwa speluna, drugie cale zajete, w trzecim zrzucamy plecaki i padamy na lozka. Spimy do jakiejs drugiej i ruszamy na miasto. W jakiejs restauracyjce dosiada sie do mnie zyd i zaczynamy rozmowe. Zydzi do niezwykle poinformowany narod. Wiedza wszystko i znaja najtansze miejsca w okolicy. Wyciagam z niego tyle informacji ile tylko sie da. Wieczorem wloczac sie po miescie wpadamy na Jamesa, ktorego spotkalismy w Pushkar. Padamy sobie w ramiona. James pozostawia spotkanych niemcow, a my naszego zydka. My ludzie z Indii trzymamy sie razem. Rozumiemy sie bez slow.

19 grudzien

wt

Bangkok

Swietnie udalo nam sie ten dzien przetrwonic. Zmienilismy hotel. Zlozylismy wnioski wizowe do Kambodzy i Laosu. Mamy dostac wizy we wtorek, taka mamy przynajmniej nadzieje. No i oczywiscie jak zwykle internet, a poza tym jedzenie, jedzenie i jeszcze raz jedzenie.

20 grudzien

śr

Bangkok

Znowu zmieniamy hotel. Teraz z malymi perypetiami. Zarezerwowany przez nas pokoj zostal oddany komus innemu. Spotkana przeze mnie zydowka dziwi sie, ze ja sie upieram przy pokoju z lazienka i klimatyzacja. Mysli sobie pewnie, ze jestem obrzydliwa histeryczka. Ale ona nie byla w Indiach i nie wie, co to znaczy miec czysta lazienke w pokoju. Kiedy ja z nia rozmawiam Wlodek znajduje inny hotel i pokoj z telewizja kablowa. Ha, bedziemy mieli telewizor! Na razie jednak zamierzamy pozwiedzac Bangkok. Zaczynamy od Aruna Wat - swiatyni switu. Docieramy do niej promem. Wyglada tak jak na slajdach Justyny i Janka Lpskich. Oczarowuja pobite kawalki porcelany uzyte do jej przyozdobienia. Probuje zapoznac sie z "systemem" swiatyn buddyjskich, ale po chwili poddaje sie. Zar leje sie z nieba, mimo ze to juz sporo po trzeciej. Ledwo sie wloke. Wlodek chce jeszcze pojsc do centrum handlowego, a ja juz padam. Uzgadniamy, ze ja odpoczywam, a on udaje sie do centrum, a potem do dzielnicy rozpusty - na Patpong Road. Ja juz sie ciesze, ze poogladam sobie telewizje. Niestety spotyka mnie rozczarowanie. Do wyboru mam telewizje tajska, MTV, filmy porno. Na razie zostaje przy MTV. Wlodek wraca gdzies po polnocy i zdaje mi relacje, ktora brzmi bardzo podobnie do relacji Grzeska Bywalca. Pozwalam tu sobie podac adres pod ktorym mozna te relacje znalezc. Mam nadzieje, ze Grzesiek sie nie obrazi ( Onet-Turystyka-Reportaze: Tajska fabryka rozkoszy )

21 grudzien

cz

Bangkok

Dzisiaj wyjatkowo nie zmieniamy hotelu. I zamierzamy pobawic sie w prawdziwych turystow. Kupujemy bilety do Palcu Krolewskiego i Wat Phra Kaew (nazwy tajlandzkie wytracaja mnie z rownowagi). Szmaragdowy budda patrzy na nas obojetnie z wysokiego piedestalu. Ubrany jest w stroj odpowiedni dla pory suchej. Przygladam sie zebranym wiernym. Klecza, nikt nie ma stop zwroconych w strone Buddy i bija mu poklony. Niesamowity widok. Przez ogrody i palac przewalaja sie tlumy turystow i wiernych. Palac zachwyca nas kolorowymi dachami a 8 prangow, kazdy w innym kolorze, mieni sie w sloncu, zlota wieza Phra Si Rattana Czedi mieszczaca fragment kosci mostka Buddy (ale go rozczlonkowali) bije po oczach zlotem.

22 grudzien

pt

Bangkok - Ancient City

Znowu zmieniamy hotel. Juz nam to weszlo w krew. Kupujemy mape autobusowa i czujemy, ze mozemy podbic Bangkok. Wybieramy sie do Ancient City. To miejsce stworzone przez biznesmena i filantropa. Na jego zyczenie utworzono park, ktorego plan przypomina w ksztalcie mape Tajlandi, i zbudowano miniaturowa kraine. Ciekawosc nas zzera. Ale najpierw trzeba tam sie dostac. Autobus 25 dowozi nas do Pak Nam, a dalej wg przewodnika mamy zlapac lokalny autobus. Rozgladamy sie, ale nigdzie nie widzimy lokalnego autobusu. Probujemy zapytac sie kogos o droge. Nikt nas nie rozumie. Na szczescie dla nas zjawia sie amerykanin, ktory uczy w tej dzielnicy angielskiego. Cieszy sie, ze nas widzi, bo w tej dzielnicy nie spotyka sie bialych. Pomaga nam znalezc przystanek. Lokalny autobus nr 36 wyglada jak polonez truck, tyle tylko, ze w miejscu budy ma lawki dla pasazerow. Docieramy do Ancient City. Jest niesamowite. Wszystkie zabytki Tajlandii zebrane w jednym miejscu. Jestesmy jednymi z niewielu ludzi poruszjacych sie pieszo. Tajlandczycy zwiedzaja park z okien klimatyzowanych samochodow. Wlodek w pewnej chwili dostrzega dziwne zwierze przypominajace legwana. Rusza za nim w poscig. Niestety legwan jest szybszy (o ile to w ogole byl legwan). Dzien mija nam tak szybko w tym urokliwym miejscu, ze nawet nie zauwazamy, ze juz zamykaja bramy parku. Opuszczamy go jako jedni z ostatnich.

23 grudzien

sb

Bangkok - Ayuthaya

Dzisiaj kolej na Ayathaya. To jedna z bylych stolic Tajlandii. Dojezdzamy koleja, wynajmujemy rowery, z ktorymi przeprawiamy sie promem i ruszamy w miasto. Ruiny rozrzucone sa po calym miescie. Zwiedzamy je sumiennie. Ja glownie nastawiam sie na palac krolewski. Ale jakos nie mozemy go znalezc. Jest co prawda jakis kompleks swiatyn, ale palacu ani widu, ani slychu. Ruszamy dalej. Dojezdzamy do Wat Na Phra Men. Prawie nic z tej swiatyni sie nie ostalo. Jednak przy nowej swiatyni utworzono przemily park. Siadamy przy malej sadzawce. Wlodek pisze artykul, a ja karmie ryby. Jedza doslownie z reki. Podaje im na patyczku kawalki ananasa. Wcinaja bez mrugniecia powieka. No i znowu czas w droge. Upieramy sie przy znalezieniu tego palacu. Okazuje sie jednak, ze po nim prawie nic nie zostalo i z tego powodu go nawet nie zauwazylismy.

24 grudzien

nd

Bangkok (Wigilia)

A dzisiaj Wigilia. Spedzamy ja najpierw odwiedzajac zlotego Budde. Ja dostalam w prezencie aparat fotograficzny. Rzucam sie wiec na fotografowanie zlotego Buddy. W zasadzie nie robi na nas wiekszego wrazenia, wiec po chwili wychodzimy. Nasz wzrok przyciagaja turysci, ktorzy wychodza z jakiegos budynku. Ciekawe, co tam mozna zobaczyc. Dzielnie drepczemy w tamtym kierunku. Ku naszemu zdziwieniu widzimy strzaleczke "do zlotego Buddy". Chce nam sie smiac. Pomylilismy Buddy. Ale przynajmnie nie placilismy za bilety, bo weszlismy jakos dziwnie od tylu. Nastepnie docieramy do Wat Pho - czyli lezacego Buddy. To prawdziwy 46 metrowy kolos ze stopami inkrustowanymi masa perlowa. Podsluchuje jakiegos mnicha, ktory oprowadza turystow. Zostal oddany do klasztoru w wieku 7 lat, bo jego rodzice nie mieli pieniedzy na jego wychowanie i wyksztalcenie. Jest juz w klasztorze od 25 lat i bedzie jeszcze przez co najmniej 10. Ale na nas juz czas. Zbliza sie pora wieczerzy wigilijnej. Wybieramy sie do centrum handlowego. Dzieki komercjalizacji swiat centra handlowe maja atmosfere najbardziej zblizona do naszej gwiazdki. Wybieramy wloska restauracje Matteo w wiezy prezydenckiej. Przy dzwiekach koled na zywo spozywamy nasza wieczerze. Na przystawke ja zjadam salatke z homara, a Wlodek zupe z jakiejs ryby. Danie glowne to w moim przypadku indyk w warzywach, a w przypadku Wlodka losos w sosie wlasnym. Na deser Christmas pudding. Dziwne to swieta, ale maja w sobie wiele uroku.

25 grudzien

pn

Bangkok

Dzisiaj zalatwiamy paczki. Nadajemy kolejne 13 kg do kraju i jedziemy niepewni swego losu odebrac paczke z Polski. Na szczescie jest. Mamy juz przewodnik po Tajlandii i mnostwo kolejnych kilogramow do wozenia. Jeszcze tylko dobra kawa w Black Canyon i wieczorny film w naszym hoteliku i kolejny dzien juz za nami.

26 grudzien

wt

Bangkok

Dzis zwiedzamy palac Vinmanka. W rozlozystym parku znajduje sie byly palac krolewski Ramy V. Zbudowany ze zlocistego drzewa tekowego bez jednego gwozdzia. Juz przy wejsciu musze sie cofnac, poniewaz mam bluzke bez rekawow. Potem okazuje sie, ze wszystkie nasze rzeczy musimy zostawic na zewnatrz (wolno nam tylko zatrzymac przy sobie portfele). Nie mozemy zwiedzac sami. Musimy isc z przewodnikiem. Co za meczarnia. W dodatku psujemy przewodniczce jej wszystkie "numery", ktorymi zagina turystow. Wlodek ani na chwile nie gubi sie w pomieszczeniach palcu i potrafi na makiecie wskazac miejsce naszego pobytu. Ja rozpoznaje krolowa Wiktorie z czasow mlodosci oraz rog nosorozca. Poza tym dosc trudno nam te przewodniczke zrozumiec. Wyraz "Piter" po jakims czasie odszyfrowywujemy jako "picture". W pewnym momencie przewodniczka prosi nas abysmy padli na kolana i poklonili sie do ziemi portretowi krola. Bardzo nas to bawi. A potem pedzimy na pokaz tradycyjnych tancow tajskich i pedem do domu po nasze paszporty. Jutro znowu w droge. Przed nami Kambodza.

27 grudzien

śr

Bangkok - Siem Reap

O 6.30 rano czekamy przed hotelem na nasz autobus. Sceptyczny Anglik informuje nas, ze w zeszlym roku on czekal ponad dwie godziny. Jednak ku naszemu milemu zdziwieniu autobus spoznia sie zaledwie o pol godziny. Mily, klimatyzowany autobusik mknie autostrada w strone granicy, Poprzez jego przyciemnione szyby nawet slonce wydaje sie mniej prazyc.Niestety na granicy wszystko sie zmienia. Trudno nam cokolwiek zrozumiec. Przechodzimy przez kolejne kontrole, dostajemy jakies stemple, gdzies nas odsylaja. Jakis Japonczyk, mimo ze wcale nie chcial przekraczac granicy, wlasnie ja przekroczyl i strasznie sie zlosci. "Urzednik od kwarantanny" dopomina sie o zolte ksiazeczki szczepien. Ktos niesmialo protestuje, przeciez nie ma takiego wymogu. Protesty protestami ale ci, ktorzy ksiazeczek nie maja musza placic po dolarze i otrzymuja wpis, ze sa calkowicie zdrowi na ciele i umysle. Po drugiej stronie granicy nie czeka juz na nas klimatyzowany autobus. Nasz nowy srodek transportu to zwyczajny pick-up.Siedzimy na pace na naszych plecakach i czekamy na dalszy ciag wydarzen. Glowna droga z Poipet do Siem Reap jest godna polecenia wszystkim tym, ktorzy pasjonuja sie jazda off-road. Obawiam sie nawet, ze u nas na poligonach trudno znalezc tak dogodne warunki. Samochod czasami ginie w wielkich dziurach, czasami drogi po prostu nie ma. Nasz przewodnik mowi, ze najblizszy przystanek bedzie w Sisophon za 3 godziny (48km), tam cos zjemy, a potem.....Potem to nic nie wiadomo. Miejmy nadzieje, ze mosty beda cale, ze samochod sie nie zepsuje, no i ze nic zlego nam sie nie przytrafi. Z grzecznosci nie pytamy sie co to jest "cos zlego".Mosty to oni maja niewiarygodne, cud, ze samochod przez nie w ogole przejezdza.Przy jednym moscie chca od nas pobrac myto. Przewodnik zawziecie z nimi dyskutuje. Zapada noc. Swieca gwiazdy, mijamy male wioseczki, przewodnik spiewa nam kambodzanskie piosenki. 7 godzin mija jak z bicza strzelil. I juz jestesmy w Siem Reap.

28 grudzien

cz

Siem Reap - Angkor Thom, Ta Keo, Ta Prohm

Zeby zwiedzic Angkor Wat potrzebny jest jakis srodek lokomocji. Najlepiej motor. Do wypozyczenia takiego potrzebne jest kambodzanskie prawo jazdy. Ten fakt w naszych przygotowaniach do podrozy przeoczylismy. Jestesmy wiec zmuszeni do wynajecia pojazdu wraz z kierowca. Nasz kierowaca to przemily czlowiek, ktory nie rozumie ani slowa po angielsku i tak sie wtapia w tlum, ze gdyby nie jego granatowa czapeczka to nigdy bysmy go nie rozpoznali. Troche sie boimy Angkor Wat. Wszyscy opowiadaja o nim niesamowite historie. Czy sie nie rozczarujemy? Pierwsze chwile przynosza mi rozczarowanie - tlum ludzi, halas, zgielk, uliczni handlarze. Po chwili jednak magia miejsca zaczyna do mnie przemawiac. Do Angkor Thom wjezdzamy najlepiej zachowana poludniowa brama. Zaczyna dzialac wyobraznia. Bayon ze swoimi wiezami, z ktorych spogladaja kamienne twarze, wygladal podobnie, kiedy mieszkalo tam ponad milion ludzi. Miasto swego czasu wieksze niz Ateny , czy Rzym stoi porzucone w srodku dzungli. Spacerujemy tarasami sloni i tredowatego krola. Plaskorzezby z portali przygladaja sie nam z kamiennym spokojem. Potem kolej na Ta Keo i Ta Prohm. Swiatynia Ta Prohm wyglada dokladnie tak samo, jak wtedy, gdy ujrzal ja francuski podroznik Manhot ponad 100 lat temu, Dzungla wdarla sie w jej sciany, gdzieniegdzie je rozsadzila, a gdzieniegdzie korzenie objely rozpadajace sie mury i stanowia nieodlaczna czesc architektury. Powietrze stoi. Jest parno. Spogladamy na zegarki. Czas na nas.

29 grudzien

pt

Siem Reap - Angkor Wat, Ta Prohm, Pre Rup, Preah Khan

Dzis Angkor Wat. Swiatynia, ktora zapiera dech w piersiach. Galerie niewiarygodnych plaskorzezb ciagna sie setkami metrow dokola budynku. Wspinamy sie na sam szczyt z drzeniem nog. Schody Khmerowie budowali zdecydowanie niewygodne - takie skrzyzowanie drabiny ze stopniami. Mieli w tym swoj ukryty cel. Zeby spotkac sie z bogami trzeba sie troche nameczyc. Wlodek jednak postanowil pomeczyc mnie w zupelnie inny sposob. Wytlumaczyl naszemu kierowcy, nierozumiejacemu slowa po angielsku, ze my najpierw jeszcze raz obejrzymy Ta Prohm, pozniej przespacerujemy sie (3.5km) do Pre Rup i tam wlasnie ma on na nas poczekac z motorem. Nasz kierowca kiwa glowa ze zrozumieniem i kladzie sie w hamaku. Pewnie, ma jeszcze mnostwo czasu. Wlodek ufny w swoje talenty lingwistyczne rusza w droge. Juz w drodze nachodza go watpliwosci, czy kierowca aby na pewno go zrozumial. Nasze watpliwosci rozwiewaja sie dosc szybko. Kierowcy w umowionym miejscu oczywiscie nie ma.Nie pozostaje nam nic innego, jak lapac autostop. I tak oto w kmbodzanskiej dzungli lapiemy autostop. Nasz kierowca wita nas szerokim usmiechem i zaprasza do dalszej jazdy.Jedziemy do Preah Khan. To miejsce musial miec na mysli Kipling, kiedy opisywal zaginione "miasto malp". Ale zaczynamy sie juz spieszyc, poniewaz chcemy zdazyc na zachod slonca w Angkor Wat.

30 grudzien

sb

Siem Reap - Angkor Wat, Preah Neah Pean, Ta Som, Eastern Mebon

Po zachodzie przychodzi kolej na wschod. Prawie sie spozniamy, bo budzik nie dzwoni. Ja jakims cudem sie budze i pedzimy w strone Angkor Wat. Wschod slonca jest zawsze niewiarygodnym przezyciem, ale tu jest jeszcze wspanialszy. Niebo zmienia sie z sekundy na sekunde, kolory staja sie intensywniejsze a potem jasniejsze. Strzelam zdjecie po zdjeciu. A potem dalej w dzungle. Preah Neah Pean, gdzie spotykamy przesympatycznych Amerykanow, Ta Som z olbrzymim drzewem stanowiacym portal budynku, Eastern Mebon, gdzie wdrapuje sie na kamiennego slonia, tlumaczac Wlodkowi, ze napisy mowia tylko o nie wspinaniu sie na balustrady i wieze, a o sloniach milcza. I wreszcie Bantey Kolei.

31 grudzien

nd

Siem Reap - Angkor Wat

Jak milo wstac pozniej i poczytac sobie ksiazke na werandzie, popijajac herbate i patrzac na pola ryzowe, palmy i pracujacych ludzi w slomkowych kapeluszach. Czekamy z niecierpliwoscia na 18.30 - czyli koncert Kmerskiego Baletu Krolewskiego.Jestesmy nim oczarowani. W murach Angkor Watu po 400 latach ponownie ozywaja piekne apsary (tancerki) i pojawia sie ksiaze. Czas cofnal sie i zatrzymal na chwileczke.Po koncercie stajemy przy scenie, zeby jeszcze raz z bliska popatrzec na piekne stroje tancerzy. Ku naszemu zdziwieniu znajdujemy sie na drodze ksiecia (nastepca tronu w Kambodzy), ktory wita sie z nami i sklada nam zyczenia wspanialego Nowego Roku. A sam Nowy Rok witamy na naszej werandzie, wsrod pol ryzowych, cykad i spadajacych lampionow w towarzystwie Jespera (Szwed) i Williego(Niemiec).

Następny miesiąc